Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Miałam jedynie pieniądze i zniszczoną torbę. I to jest myśl!
Poszłam do najbliższego butiku i zakupiłam sobie nową, odrobinę większą, torbę w indiańskie wzorki oraz różową czapkę. Czy jestem, aż tak podła by w tej sytuacji kupować sobie na spokojnie torebki?!
Po wyjściu ze sklepu przerzuciłam wszystkie rzeczy do nowej torby po czym zebrałam moje rudawe włosy i schowałam do czapki, wypuszczając jedynie pojedyncze kosmyki przy uszach. Na nos założyłam okulary i po wyrzuceniu starej torby, szybkim tempem udałam się na przystanek, z którego mogłabym się na dworzec centralny przy osiemdziesiątej dziewiątej E Fourty Second Street.
Stamtąd mogłam dostać się poza miasto, poza stan. Mogłam uciec...
Odczekałam na ławeczce kilkanaście minut, które wlekły się dla mnie w nieskończoność i gdy przyjechał mój autobus, nie zważając na wysiadających pasażerów wpakowałam się do środka i bez kasowania biletu, którego nawet nie miałam, usiadłam na jednym z wolnych miejsc obok starszej pani wyładowanej spożywczymi zakupami.
Skuliłam się na siedzeniu i przycisnęłam do siebie nową torbę. Nie mogłam skupić myśli na niczym konkretnym. Przez głowę przechodziły mi różne dziwne myśli. Ile lat grozi mi za rzekome zabójstwo? Co myśli teraz tata? Czy policja już mnie szuka? Dokąd uciekać? Co tej przeklętej sąsiadce przyszło do głowy?!
- Przepraszam - siwowłosa kobieta siedząca obok dźgnęła mnie palcem w ramię. Spojrzałam na nią smutnym wzrokiem. - Czy wszystko w porządku, dziecko? - Uśmiechnęłam się do niej i skinęłam głową.
- Proszę się nie martwić - wydusiłam z trudem. Gula w gardle utrudniała mi mowę jak i nawet oddychanie.
- To dobrze - przejechała dłonią po moim ramieniu. - A teraz przeproszę cię, aniołeczku, ale zaraz wysiadam. - Posłusznie wstałam z miejsca i przepuściłam kobietę.
Przyjrzałam się jej zakupom. Może powinnam jej pomóc?
Wysiadanie w połowie drogi i pomaganie staruszkom w mojej sytuacji to nienajlepszy pomysł.
Skrzywiłam się i usiadłam na miejscu od okna.
Po kilku minutach jazdy wysiadłam na przystanku, kilkanaście metrów od dworca. Ruszyłam jak najszybszym krokiem w jego stronę. Nie wiedziałam, czy okoliczna policja nie ma już mojego rysopisu w bazie. Została mi jedynie cicha wewnętrzna modlitwa.
Gdy weszłam do budynku, od razu zrobiło mi się cieplej. Temperatura na zewnątrz spadała, jednak ze stresu nie wyczułam jakiejkolwiek zmiany.
Ochroniarze stojący przy wejściu spojrzeli na mnie obojętnie, lecz i tak nie czułam się bezpiecznie. Starałam się rozluźnić napięte do granic możliwości mięśnie, żeby nie iść jak troglodyta i nie wzbudzać podejrzeń. Nie miałam jednak się czego obawiać. Nikt nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi.
Na głównej hali dworca panował mały tłok. Spośród tłumu spokojnie mogłam wyłapać turystów z aparatami, mówiących w różnych językach.
Z rozdygotanymi dłońmi i uczuciem serca w gardle podeszłam do kas biletowych. Nie zamierzałam bawić się w bilety dla uczniów. Nie mogłam okazać dowodu tożsamości bo zaraz najbliższy posterunek wiedziałby, jak i dokąd ucieka Chanel Ports.
- Dzień dobry - uśmiechnęłam się blado do kasjerki i spojrzałam na najbliższy rozkład. Waszyngton, Waszyngton... Bingo! - Normalny bilet na najbliższy pociąg do Waszyngtonu poproszę - wskazałam na odpowiednią godzinę.
- Dowód tożsamości poproszę. - Cholera... Z ogromną niechęcią odszukałam portfel w torbie i wyjęłam z niej portfel, po czym przekazałam młodej kobiecie prawo jazdy, z którego nawet nie korzystałam. - Czterdzieści trzy dolary - szatynka nie patrząc nawet na trzymaną przeze mnie plakietkę wydrukowała odpowiedni bilet. Wypuściłam powietrze i podałam należność.
Odebrałam resztę i bilet po czym spojrzałam na zegar wiszący na samym środku wielkiej hali. Miałam pół godziny żeby dotrzeć na odpowiedni peron i odnaleźć mój pociąg.
Nie zwlekając ruszyłam w kierunku peronu. Chciałam uniknąć jakichkolwiek spojrzeń ze strony mijających mnie pasażerów, ale to było wręcz niemożliwe. Czułam, że wszyscy się na mnie gapią, choć tak nie było. Marna ze mnie przestępczyni... A co dopiero morderczyni!
Na miejscu przysiadłam na ławce i wcisnęłam dłonie w kieszonki mojego pastelowo różowego wełnianego swetra. Pociągi za moimi plecami przemykały w zawrotnym tempie sprawiając, że na moich ramionach pojawiła się gęsia skórka.
Z małym opóźnieniem przede mną zatrzymał się pociąg jadący do Waszyngtonu. Oprócz mnie na środek transportu wyczekiwały cztery inne osoby. Wsiadłam do wagonu i znalazłam wyznaczone dla mnie przez kasjerkę miejsce.
Czekały mnie cztery godziny jazdy pociągiem, jednak cieszyło mnie to. Mogłam posiedzieć w ciszy i nie przejmować się, czy ktoś mnie nie goni.
Pociąg ruszył, a ja zamknęłam oczy i starałam się zasnąć. Potrzebowałam drzemki... i czegoś do jedzenia.
Nie dany mi był jednak sen, ponieważ usłyszałam nad głową znaczące chrząknięcie. Otworzyłam niechętnie oczy i spojrzałam na konduktora wpatrującego się we mnie.
- Bilet poproszę - uśmiechnął się do mnie przyjaźnie, a ja bez najmniejszego cienia emocji podałam mu trzymany w kieszeni swetra bilet. - Do Waszyngtonu się panienka wybiera, a po co jeśli mogę spytać? - Nie odrywał wzroku od mojego świstka.
- Do cioci - skłamałam najprościej jak tylko umiałam. To było to. Może nie mam cioci w Waszyngtonie, ale nie muszę zostawać w Stanach. Mężczyzna podbił bilet i oddał mi go.
- Miłej podróży - widząc moje niezainteresowanie rzucił beznamiętnie i poszedł dalej.
Ja jednak byłam pochłonięta przez nową myśl. Ciocia Margaret mieszka w Wielkiej Brytanii, kawałek drogi od Londynu. Plusem pomysłu był fakt, że mama była pokłócona ze swoją siostrą.
Pół godziny później miałam już wszystko zaplanowane. Dostać się na najbliższe lotnisko w Waszyngtonie, polecieć do Londynu i z Londynu do ciotki. Plan doskonały, można by rzec.
Pozostawało jedno pytanie. Jak ja dostanę się z Waszyngtonu do Londynu od tak?!
Załamana rozpłakałam się. Emocje wreszcie dały o sobie znać i wyszły na wierzch. Ocierałam łzy rękawem i myślami błądziłam między zakrwawionym ciałem mamy w kuchni, a moim zdjęciem w policyjnych raportach. Myślałam o tacie. Myślałam, jak to wszystko przeżywa. Stracił żonę, a córka rozpłynęła się w powietrzu, a to wszystko jednego dnia.
Nawet nie będę na jej pogrzębie... Zalałam się kolejnym potokiem łez. Moje poukładane życie rozleciało się na tysiące kawałeczków tego pięknego i słonecznego dnia.
Pojawiła się jeszcze jedna myśl: kto to zrobił?!
Oparłam głowę o szybę pociągu i spojrzałam na mijane w szybkim tempie pejzaże. Nie wiele z nich jednak ujrzałam bo łzy zamazały mi widoczność. Ciekawe jak ja wyglądam z rozmazanym makijażem?
- Przepraszam - sympatyczny głos sprawił, że szybko otarłam oczy rękawami, nie zważając na konsekwencje, jakimi były brudne rękawy i spojrzałam na blondynkę z wózkiem jak w samolocie. - Podać coś? - Spytała z uśmiechem. Na jej pytanie automatycznie zaburczało mi w brzuchu. Lekko zakłopotana zaśmiałam się.
- A co pani proponuje?
- Orzeszki, kawę, - nachyliła się by przejrzeć zawartość swojego wózka - herbatę, kanapki, soki...
- Poproszę kanapkę i sok - przerwałam jej. Kobieta jednak nic sobie z tego nie zrobiła i podała mi zamówione produkty. - Ile się należy? - Sięgnęłam po portfel.
- Proszę się nie kłopotać - uśmiechnęła się odsłaniając białe zęby. - Widzę, że coś cię trapi. Twoje rękawy mówią same za siebie - wskazała na pobrudzony od tuszu materiał - koszt biorę na siebie - mrugnęła do mnie i odeszła.
Poczułam się miło, o ile można w takiej sytuacji doznawać przyjemnych uczuć.
Otworzyłam plastikowe pudełko i wgryzłam się w kanapkę z sałatą, wędliną i serem. Nie była rewelacyjna, ale zawsze coś. Sok również nie należał do najlepszych. Typowe jedzenie w stołówkowym stylu.
Po skończonym posiłku wygodniej ułożyłam się na siedzeniu i zasnęłam.
______________________
Wow, wreszcie coś dodałam! :D
Nie wiem, czy podobał się rozdział, ale chciałam dodać jakąś w miarę spójną notkę.
Jak oceniacie Chanel? Czy nie ma zbyt wybujałych planów?
Piszcie w komentarzach
Pozdrowionka xx
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz