czwartek, 21 stycznia 2016

W drodze donikąd

Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Miałam jedynie pieniądze i zniszczoną torbę. I to jest myśl!
Poszłam do najbliższego butiku i zakupiłam sobie nową, odrobinę większą, torbę w indiańskie wzorki oraz różową czapkę. Czy jestem, aż tak podła by w tej sytuacji kupować sobie na spokojnie torebki?!
Po wyjściu ze sklepu przerzuciłam wszystkie rzeczy do nowej torby po czym zebrałam moje rudawe włosy i schowałam do czapki, wypuszczając jedynie pojedyncze kosmyki przy uszach. Na nos założyłam okulary i po wyrzuceniu starej torby, szybkim tempem udałam się na przystanek, z którego mogłabym się na dworzec centralny przy osiemdziesiątej dziewiątej E Fourty Second Street. 
Stamtąd mogłam dostać się poza miasto, poza stan. Mogłam uciec...
Odczekałam na ławeczce kilkanaście minut, które wlekły się dla mnie w nieskończoność i gdy przyjechał mój autobus, nie zważając na wysiadających pasażerów wpakowałam się do środka i bez kasowania biletu, którego nawet nie miałam, usiadłam na jednym z wolnych miejsc obok starszej pani wyładowanej spożywczymi zakupami.
Skuliłam się na siedzeniu i przycisnęłam do siebie nową torbę. Nie mogłam skupić myśli na niczym konkretnym. Przez głowę przechodziły mi różne dziwne myśli. Ile lat grozi mi za rzekome zabójstwo? Co myśli teraz tata? Czy policja już mnie szuka? Dokąd uciekać? Co tej przeklętej sąsiadce przyszło do głowy?!
- Przepraszam - siwowłosa kobieta siedząca obok dźgnęła mnie palcem w ramię. Spojrzałam na nią smutnym wzrokiem. - Czy wszystko w porządku, dziecko? - Uśmiechnęłam się do niej i skinęłam głową.
- Proszę się nie martwić - wydusiłam z trudem. Gula w gardle utrudniała mi mowę jak i nawet oddychanie. 
- To dobrze - przejechała dłonią po moim ramieniu. - A teraz przeproszę cię, aniołeczku, ale zaraz wysiadam. - Posłusznie wstałam z miejsca i przepuściłam kobietę. 
Przyjrzałam się jej zakupom. Może powinnam jej pomóc? 
Wysiadanie w połowie drogi i pomaganie staruszkom w mojej sytuacji to nienajlepszy pomysł. 
Skrzywiłam się i usiadłam na miejscu od okna.
Po kilku minutach jazdy wysiadłam na przystanku, kilkanaście metrów od dworca. Ruszyłam jak najszybszym krokiem w jego stronę. Nie wiedziałam, czy okoliczna policja nie ma już mojego rysopisu w bazie. Została mi jedynie cicha wewnętrzna modlitwa.
Gdy weszłam do budynku, od razu zrobiło mi się cieplej. Temperatura na zewnątrz spadała, jednak ze stresu nie wyczułam jakiejkolwiek zmiany.
Ochroniarze stojący przy wejściu spojrzeli na mnie obojętnie, lecz i tak nie czułam się bezpiecznie. Starałam się rozluźnić napięte do granic możliwości mięśnie, żeby nie iść jak troglodyta i nie wzbudzać podejrzeń. Nie miałam jednak się czego obawiać. Nikt nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi.
Na głównej hali dworca panował mały tłok. Spośród tłumu spokojnie mogłam wyłapać turystów z aparatami, mówiących w różnych językach.
Z rozdygotanymi dłońmi i uczuciem serca w gardle podeszłam do kas biletowych. Nie zamierzałam bawić się w bilety dla uczniów. Nie mogłam okazać dowodu tożsamości bo zaraz najbliższy posterunek wiedziałby, jak i dokąd ucieka Chanel Ports. 
- Dzień dobry - uśmiechnęłam się blado do kasjerki i spojrzałam na najbliższy rozkład. Waszyngton, Waszyngton... Bingo! - Normalny bilet na najbliższy pociąg do Waszyngtonu poproszę - wskazałam na odpowiednią godzinę.
- Dowód tożsamości poproszę. - Cholera... Z ogromną niechęcią odszukałam portfel w torbie i wyjęłam z niej portfel, po czym przekazałam młodej kobiecie prawo jazdy, z którego nawet nie korzystałam. - Czterdzieści trzy dolary - szatynka nie patrząc nawet na trzymaną przeze mnie plakietkę wydrukowała odpowiedni bilet. Wypuściłam powietrze i podałam należność. 
Odebrałam resztę i bilet po czym spojrzałam na zegar wiszący na samym środku wielkiej hali. Miałam pół godziny żeby dotrzeć na odpowiedni peron i odnaleźć mój pociąg. 
Nie zwlekając ruszyłam w kierunku peronu. Chciałam uniknąć jakichkolwiek spojrzeń ze strony mijających mnie pasażerów, ale to było wręcz niemożliwe. Czułam, że wszyscy się na mnie gapią, choć tak  nie było. Marna ze mnie przestępczyni... A co dopiero morderczyni!
Na miejscu przysiadłam na ławce i wcisnęłam dłonie w kieszonki mojego pastelowo różowego wełnianego swetra. Pociągi za moimi plecami przemykały w zawrotnym tempie sprawiając, że na moich ramionach pojawiła się gęsia skórka. 
Z małym opóźnieniem przede mną zatrzymał się pociąg jadący do Waszyngtonu. Oprócz mnie na środek transportu wyczekiwały cztery inne osoby. Wsiadłam do wagonu i znalazłam wyznaczone dla mnie przez kasjerkę miejsce. 
Czekały mnie cztery godziny jazdy pociągiem, jednak cieszyło mnie to. Mogłam posiedzieć w ciszy i nie przejmować się, czy ktoś mnie nie goni. 
Pociąg ruszył, a ja zamknęłam oczy i starałam się zasnąć. Potrzebowałam drzemki... i czegoś do jedzenia. 
Nie dany mi był jednak sen, ponieważ usłyszałam nad głową znaczące chrząknięcie. Otworzyłam niechętnie oczy i spojrzałam na konduktora wpatrującego się we mnie.
- Bilet poproszę - uśmiechnął się do mnie przyjaźnie, a ja bez najmniejszego cienia emocji podałam mu trzymany w kieszeni swetra bilet. - Do Waszyngtonu się panienka wybiera, a po co jeśli mogę spytać? - Nie odrywał wzroku od mojego świstka.
- Do cioci - skłamałam najprościej jak tylko umiałam. To było to. Może nie mam cioci w Waszyngtonie, ale nie muszę zostawać w Stanach. Mężczyzna podbił bilet i oddał mi go.
- Miłej podróży - widząc moje niezainteresowanie rzucił beznamiętnie i poszedł dalej. 
Ja jednak byłam pochłonięta przez nową myśl. Ciocia Margaret mieszka w Wielkiej Brytanii, kawałek drogi od Londynu. Plusem pomysłu był fakt, że mama była pokłócona ze swoją siostrą. 
Pół godziny później miałam już wszystko zaplanowane. Dostać się na najbliższe lotnisko w Waszyngtonie, polecieć do Londynu i z Londynu do ciotki. Plan doskonały, można by rzec. 
Pozostawało jedno pytanie. Jak ja dostanę się z Waszyngtonu do Londynu od tak?!
Załamana rozpłakałam się. Emocje wreszcie dały o sobie znać i wyszły na wierzch. Ocierałam łzy rękawem i myślami błądziłam między zakrwawionym ciałem mamy w kuchni, a moim zdjęciem w policyjnych raportach. Myślałam o tacie. Myślałam, jak to wszystko przeżywa. Stracił żonę, a córka rozpłynęła się w powietrzu, a to wszystko jednego dnia. 
Nawet nie będę na jej pogrzębie... Zalałam się kolejnym potokiem łez. Moje poukładane życie rozleciało się na tysiące kawałeczków tego pięknego i słonecznego dnia.
Pojawiła się jeszcze jedna myśl: kto to zrobił?! 
Oparłam głowę o szybę pociągu i spojrzałam na mijane w szybkim tempie pejzaże. Nie wiele z nich jednak ujrzałam bo łzy zamazały mi widoczność. Ciekawe jak ja wyglądam z rozmazanym makijażem? 
- Przepraszam - sympatyczny głos sprawił, że szybko otarłam oczy rękawami, nie zważając na konsekwencje, jakimi były brudne rękawy i spojrzałam na blondynkę z wózkiem jak w samolocie. - Podać coś? - Spytała z uśmiechem. Na jej pytanie automatycznie zaburczało mi w brzuchu. Lekko zakłopotana zaśmiałam się.
- A co pani proponuje? 
- Orzeszki, kawę, - nachyliła się by przejrzeć zawartość swojego wózka - herbatę, kanapki, soki...
- Poproszę kanapkę i sok - przerwałam jej. Kobieta jednak nic sobie z tego nie zrobiła i podała mi zamówione produkty. - Ile się należy? - Sięgnęłam po portfel.
- Proszę się nie kłopotać - uśmiechnęła się odsłaniając białe zęby. - Widzę, że coś cię trapi. Twoje rękawy mówią same za siebie - wskazała na pobrudzony od tuszu materiał - koszt biorę na siebie - mrugnęła do mnie i odeszła. 
Poczułam się miło, o ile można w takiej sytuacji doznawać przyjemnych uczuć. 
Otworzyłam plastikowe pudełko i wgryzłam się w kanapkę z sałatą, wędliną i serem. Nie była rewelacyjna, ale zawsze coś. Sok również nie należał do najlepszych. Typowe jedzenie w stołówkowym stylu.
Po skończonym posiłku wygodniej ułożyłam się na siedzeniu i zasnęłam. 

______________________
Wow, wreszcie coś dodałam! :D
Nie wiem, czy podobał się rozdział, ale chciałam dodać jakąś w miarę spójną notkę.
Jak oceniacie Chanel? Czy nie ma zbyt wybujałych planów?
Piszcie w komentarzach 
Pozdrowionka xx


Uwikłanie

Urodziłam się i wychowałam w Nowym Jorku. Mieszkałam z rodzicami na Manhattanie w przytulnej kamienicy przy skrzyżowaniu sto pięćdziesiątej pierwszej E Third Street a czterdziestej siódmej Avenue A.
Wiodłam typowe życie nowojorskiej nastolatki: szkoła, znajomi, portale społecznościowe, różne chore czaty, drużyna cheerleaderek, chłopcy. 
Oboje rodziców pracowało, jednak mamę zawsze po szkole miałam dla siebie na wyłączność. Była moją najlepszą przyjaciółką. Razem chodziłyśmy na zakupy, lody. Mówiłam jej o wszystkim.
Bynajmniej przez pierwsze piętnaście lat. Kiedy w moim życiu pojawiły się sekrety, potajemne esemesy od znajomych, a ona otrzymała nową posadę; zaczęłyśmy się od siebie oddalać. Potem nie potrafiłam się już z nią dogadać tak jak wcześniej. Dawna więź między nami nie odrodziła się.
Wtedy nawiązałam bliższe kontakty z tatą. Odwiedzałam go w biurze, pomagałam przy opróżnianiu skrzynki mejlowej. To on zabierał mnie na zakupy, a na każdą moją propozycję ubrań kiwał tylko głową. Dzięki temu miałam wszystkie ciuchy, jakie tylko sobie wymarzyłam. Później jednak musieliśmy słuchać narzekania mamy.
Moje sielskie życie nie trwało wiecznie. Los miał dla mnie zupełnie inne plany.
 Wszystko zaczęło się pod koniec roku szkolnego. 
Wracałam ze szkoły w towarzystwie Skyler, mojej najlepszej przyjaciółki i jej chłopaka, Jase'a. Oni byli pochłonięci rozmową i przytulaniem siebie nawzajem podczas gdy ja rozmyślałam nad tym, o co tym razem pokłócę się z mamą. 
Poprzedniego dnia doszło między nami do ogromnej sprzeczki o niewyjęcie naczyń ze zmywarki. Choć przyczyna była błaha, moja mama zrobiła z tego problem rangi państwowej. 
- Chanel - blondyn szturchnął mnie łokciem w ramię. Wyrwałam się z zamyślenia i spojrzałam na niego.
- Co?
- Jesteś wyłączona - wyjaśniła Sky, a ja przeniosłam spojrzenie na jej osobę. Blond włosy sięgające bioder spięte miała w perfekcyjny warkocz holenderski, makijaż był na tyle delikatny, że nie można było powiedzieć o niej "tapeciara". - Pytaliśmy, czy pójdziesz dzisiaj z nami do Tristana. Jego tata wyjechał do Brooklynu i zostaje tam na noc, dlatego też Corten zaprasza na wieczorne oglądanie filmów.
Zatrzymałam się by przemyśleć propozycję przyjaciółki. Tristan Corten to świetny chłopak, swego czasu nawet mi się podobał. W sumie nie tylko mi. Kruczoczarne włosy i hipnotyzujące niebieskie oczy; do tego zawsze ciemne spodnie i jasna koszula. Chłopak charakterystyczny z indywidualnym stylem.
Taka propozycja, z jego strony przy zaborczości pana Cortena była wręcz czymś niebywałym.
- Grzech by było nie skorzystać - wymsknęło mi się, choć nie planowałam mówić tego na głos. -Zapytam rodziców. 
- Spokojnie, Chan - Skyler mrugnęła do mnie. - Jase cię potem odwiezie. Poza tym jutro i tak jest wolne. 
- Okej, tylko wpadnijcie po mnie - pokiwałam palcem na co całą trójką zaczęliśmy się śmiać. 

Rozstaliśmy się dopiero przed wejściem do mojej kamienicy. Zakochana para obiecała mi, że będzie czekać o osiemnastej przed pizzerią po drugiej stronie ulicy. 
Pożegnałam się z nimi i weszłam do budynku. Szybko uporałam się z wejściem na trzecie piętro i zaczęłam szukać kluczy. Przegrzebałam wszystkie zakamarki swojej torby jednak poszukiwanych kluczy nigdzie nie było. Rodzice będą musieli wyrobić mi nowe klucze, pomyślałam.
Spojrzałam na drzwi i jak się okazało, były leciutko uchylone. Dziwne. 
Weszłam do środka i rzuciłam swoją torbę na szafkę stojącą pod wieszakiem. 
- Wróciłam mamo! - Zawołałam, lecz nie doczekałam się odpowiedzi. Powinna być. Z resztą, te otwarte drzwi... Pewnie poszła do pani Kufterson. Jednak nie rezygnowałam i powtórzyłam. - Mamo, już jestem! I jestem strasznie głodna...
Cisza.
Poddałam się i z nadzieją, że mnie nie ignoruje, tylko poszła na pogaduszki do sąsiadki, udałam się do kuchni po coś do picia.
Gdy tylko przekroczyłam próg kucharskiego królestwa doznałam szoku, a z oczu popłynęły mi łzy. 
Na środku pomieszczenia leżała moja mama. Była cała zakrwawiona.
W przerażeniu rozejrzałam się dookoła i z moich ust wydobył się pisk. Cała podłoga i pojedyncze szafki były ubrudzone krwią mamy. Obok niej leżał nóż, na którym również znajdowały się śladowe ilości świeżej jeszcze krwi. 
- Mamo! - Upadłam na kolana zaraz przy zwłokach rodzicielki i przejechałam dłonią po jej włosach. - Mamo! - Ujęłam jej dłoń i przyłożyłam do twarzy, zamykając oczy. Była zimna jak lód. Zaczęłam szlochać, wręcz wyć. To było okropne! - Kto ci to zrobił, mamusiu...? - Otarłam łokciem nos.
Wzięłam do ręki nóż i wstałam. Wycierając łzy i przyglądając się ubrudzonemu narzędziu brodni zaczęłam się zastanawiać, kto mógł dokonać czegoś takiego. Nie miała wrogów. Przecież... Zaraz, dlaczego ja nie dzwonię na policję?!
Nim wyprowadziłam się z amoku usłyszałam za sobą:
- Rany Boskie! - Odwróciłam się i zobaczyłam panią Kufterson ze szklaneczką w ręce. 
- Co pani tu robi? - spojrzałam na nią z przerażeniem.
- Potrzebny mi był cukier, a drzwi nie były domknięte... Ale Chanel, co ty zrobiłaś?! - Kobieta posłała mi przerażone spojrzenie, lecz ja nie za bardzo zrozumiałam o co jej chodzi.
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że trzymam w dłoni nóż, a na moich dłoniach są ślady krwi. O nie!
- Proszę panią - z moich oczu znów popłynęły łzy - to nie tak! To nie ja! - Ruszyłam w jej kierunku z uniesionymi dłońmi. 
- Nie zbliżaj się do mnie - kobieta zaczęła się odsuwać. - Zabiłaś własną matkę! 
- To nie prawda! - Wydusiłam drżącym głosem. Sąsiadka posądzała mnie o morderstwo! - Ja nie... Ja nie kłamię...
- Dzwonię na policje - pani Kufterson wybiegła z mieszkania trzaskając drzwiami. Ruszyłam za nią. Chciałam jej wszystko wyjaśnić. Nie zabiłam mamy!
Drzwi do domu sąsiadki były zamknięte, więc zaczęłam się dobijać waląc w nie pięściami. 
- Odejdź stąd! Dzwonię na policje! - Usłyszałam po drugiej stronie. Odsunęłam się od drzwi i odwróciłam się w stronę mieszkania. To bez sensu.
Wróciłam do mieszkania i schwyciłam torbę po czym udałam się do swojej sypialni. 
Wszystkie szkolne podręczniki, zeszyty wyrzuciłam na łóżko, a na ich miejsce zaczęłam pakować wybiórcze ubrania. Muszę uciekać.
Pobiegłam jeszcze do łazienki żeby umyć ręce i zabrać szczoteczkę do zębów, po czym wróciłam do kuchni. Wszystko robiłam w biegu, a ręce trzęsły mi się niemiłosiernie. Jednak uklękłam znów przy mamie i przejechałam rozdygotaną dłonią po jej policzku
- Przepraszam mamo. Przepraszam, że jestem takim tchórzem. - Podniosłam się i pobiegłam do gabinetu taty. Potrzebuję pieniędzy. Nie wiem, jakie zła mną wtedy manipulowały, że miałam jeszcze głowę do kradzieży. Z niezbyt dyskretnego sejfu taty wyjęłam pokaźny plik pieniędzy i nawet nie licząc wartości wróciłam do salonu. Spojrzałam jeszcze do otwartej kuchni gdzie leżała moja mama.
- Przepraszam cię... - W tej samej chwili usłyszałam syrenę policyjną. Przez okno nie zauważyłam żadnych wozów policyjnych, co oznaczało, że zatrzymali się od strony E Third Street. Na moje szczęście, lub też nieszczęście. - Żegnaj, mamo... - Otworzyłam drzwi balkonowe i wyszłam na zewnątrz. Ocierając pojedyncze łzy zaczęłam schodzić schodami ewakuacyjnymi na dół.
Na końcu musiałam przejść na krótką drabinkę i skoczyć, lecz na sam koniec moja torba zahaczyła o jeden z odstających elementów i zawisłam w powietrzu. Zaczęłam się szarpać.
Wreszcie usłyszałam dźwięk rozrywanego materiału i upadłam na chodnik. Przy mojej prawie nowej torbie urwało się ramie. Nie miałam jednak czasu się tym zamartwiać. Musiałam uciekać!
Poderwałam się na równe nogi i na początku marszem, a następnie biegiem skierowałam swoją ucieczkę na przystanek naprzeciwko Boulton & Watt. 
Wymęczona biegiem zatrzymałam się przy restauracji i weszłam do środka. Weszłam do środka i usiadłam przy jednym z nielicznych wolnych stolików. Co dalej? Nie składając zamówienia udałam się do łazienki. Schowałam się w jednej z kabin i wyjęłam z zepsutej torby ukradzione wcześniej pieniądze. 
Po podwójnym zliczeniu środków okazało się, że zabrałam aż siedem tysięcy dwieście pięćdziesiąt dolarów. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że takie, a nawet większe, pieniądze są u nas w domu. Oczywiście wiedziałam, że nie mamy problemów finansowych, choć nasze miejsce zamieszkania o tym nie świadczyło. 
Wyszłam w niemałym szoku z toalety i restauracji. Na głównej ulicy zaczęłam usiadłam na chodniku opierając się o ceglana ścianę budynku. 
Świadomość sytuacji, w której się znalazłam była okrutnie dobijająca. Najgorsze było to, że od ucieczki nie pomyślałam ani raz o mamie, o tym co się stało. Totalna pustka. Nic. Nawet nie czułam wyrzutów sumienia. Nie czułam bólu.
Nie mogę zostać w Nowym Jorku. Nie mogę ostać w tym kraju. A już w szczególności nie mogę zostać na tym pieprzonym chodniku! 
Usłyszałam dzwonek telefonu. Sięgnęłam do torby po komórkę i spojrzałam na wyświetlacz. Sky.
- Chan, co się dzieje? Pod twoim blokiem są same gliny! 
- Policja mnie szuka - powiedziałam na totalnym luzie. - Cholera.
Rozłączyłam się i wstałam. Moja komórka już pewnie jest na podsłuchu! Została mi tylko ucieczka. 
- Skoro mój telefon jest na podsłuchu to nie pozostało mi nic innego jak.. - cisnęłam aparatem o ziemię i przydeptałam nogą.
Teraz to ja się chyba zabiję...

__________________________________

Pierwszy rozdział niekoniecznie udany. Może komuś się to opowiadanie spodoba :D
Dużo się wydarzyło, ale ja wolę kiedy właśnie coś się tak dzieje. 
W razie błędów - piszcie, a je poprawię ponieważ niestety często zdarza mi się gubić literki ;/
Gwiazdkujcie i komentujcie abym poznała waszą opinię !
5 gwiazdek i 2 komy = next (chociaż wszystko może się zmienić)